Jak sądzisz, czy szpitale są bezpieczne ?
 


WYDARZENIA » Rok 2008 » Kilimandżaro


Kilimandżaro - wrzesień 2008 r.

Serce zostało na Kilimandżaro

Uff, udało się! Zdobyłam dach Afryki, najwyższy z kraterów Kilimandżaro, Kibo na wysokości 5895 m n.p.m. Pokonałam zimno, niewygody, ból głowy, własną słabość i brak kondycji. Znalazłam się w grupie 25 procent osób, którym udaje się co roku zdobyć szczyt.
Najwyższa góra Afryki leży w Tanzanii, w pobliżu granicy z Kenią. W jej skład wchodzą oprócz szczytu Uhru na wulkanie Kibo także dwa nieco niższe szczyty wulkaniczne: Mawenzi – 5150 m n.p.m. i Shira – 3940 m n.p.m.
Kilimandżaro to naprawdę cudna góra, majestatyczna, jedna z największych wolnostojących. Jej pierwszym zdobywcą był niemiecki geolog Hans Meyer i jego szwajcarski przewodnik Ludwik Purtscheller. Stanęli na szczycie w 1889 r. Dziesięć lat później wytyczono pierwszy szlak turystyczny, który prowadził na szczyt.


Fot. Jolanta Bilińska, Mariusz Wiluś na szczycie

Góra dla amatora

Do zdobycia Kilimandżaro nie są potrzebne raki, czekany, uprząż. Mówi się, że technicznie zdobycie szczytu nie jest trudne, ja jednak wiem, że bez dobrej kondycji, zwłaszcza podczas ataku szczytowego, trudno amatorom osiągnąć wysokość prawie 6000 metrów n.p.m. Wielu osobom nie udaje się zdobyć szczytu także z powodu choroby wysokościowej. Co roku na "Kili" wyrusza 13 tysięcy osób. Wielu nie dochodzi na szczyt, bo są zbyt słabo zaaklimatyzowani, zbyt małą ilość dni poświęcają na zdobycie góry, narzucają sobie zbyt duże tempo.
Kili to prawdziwa żyła złota. Z pomocy tragarzy, przewodników, kucharzy korzysta wielu  uczestników wypraw. Bez przewodników  poruszanie się Parku Narodowym Kilimandżaro jest niemożliwe. Wchodzący na szczyt wydają na ten cel co roku ponad 6 mln dolarów. Z pieniędzy zarobionych na turystach  żyje trzymilionowa rzesza ludzi zamieszkujących Moshi i Arushę, miejscowości u stóp krateru. Z tego tez powodu, Kilimandżaro stało się przysłowiową kością niezgody między Tanzańczykami i Kenijczykami. Ci ostatni nie mogą przeżyć, że zyski z góry przeszły im koło nosa. Pod koniec XIX wieku królowa Wiktoria, pod której panowaniem była wtedy Kenia, podarowała Kilimandżaro  na urodziny niemieckiemu cesarzowi Wilhelmowi. Wilhelm żalił się, że w swoich koloniach, wśród których była Tanzania, nie ma ośnieżonej góry…

Między coca colą, a whisky

W dobie Internetu rezerwacja agencji, trasy i ustalenie kosztów wyprawy nie stanowiło problemu. Skorzystałam z rady Tessy, Polki, którą spotkałam dwa lata wcześniej podczas wejścia na Kala Pattar w Nepalu. Za tysiąc dolarów na głowę wybrałam trasę Machame, popularnie zwaną whiskey route. Popularniejsza od niej jest trasa Marangu, zwana częściej coca cola route, jednak nie polecano mi jej ze względu na tłumy turystów i monotonię wchodzenia i schodzenia ta samą drogą.
Tak naprawdę zdobycie szczytu daje satysfakcję niezależnie od drogi, liczyłam jednak na przeżywanie wielkiej przygody, dlatego wybrałam mniej uczęszczaną trasę Machame. Zdobycie Kilimandżaro ta trasą jest w zasadzie najdłuższym sposobem wejścia, ale zapewniającym najlepszą aklimatyzację. Przejście tej trasy zajmuje 6 dni. Trasa Marangu jest o jeden dzień krótsza. Na trasie Machame śpi się w namiotach, a na ten drugiej w schroniskach. Kwestia gustu co jest wygodniejsze.

Jambo – dzień dobry!

Noc przed trekiem spędziliśmy w Arushy, miejscowości u stóp Kilimandżaro. Długo nie mogliśmy zasnąć, więc obserwowaliśmy rozgwieżdżone afrykańskie niebo. Spakowaliśmy do plecaków tylko te rzeczy, które były niezbędne na wyprawie: kurtka od wiatru i deszczu, dobre buty trekkingowi, śpiwór. Pamiętałam też o dodatkowych bateriach do lampy czołówkowej, czapce, rękawicach oraz kijach trekkingowych. Wczesnym rankiem przyjechał po nas kierowca i wrzucił nasz bagaż do land rovera.
To było niewiarygodne, ale organizatorzy zapewnili nam (dwóm osobom!) ośmiu tragarzy, kucharza i przewodnika. Po krótkim „mambo”, czyli „jak się masz” ruszyliśmy sprzed bramy Parku Narodowego Kilimandżaro na trasę.
W tym samym czasie odbywało się ważenie pakunków tragarzy. Nie wolno im nieść więcej niż 20 kilogramów. Ich dniówka to 7 dolarów amerykańskich. Trochę więcej dostają zwykle na zakończenie wyprawy od turystów. Ciężkie plecaki noszą na głowach, są lekko ubrani, a na nogach mają japonki.
Pierwszego dnia idziemy dość prostą drogą przez tropikalny las. Przewodnik prosi nas, abyśmy szli „pole, pole”, czyli wolniej. Muszę  przyznać, że od pierwszego dnia polubiłam język suahili, bo miałam wrażenie, że to powtórka z „Króla lwa”. „Mzungu” to cudzoziemiec, „karibu” znaczy proszę.
W lesie bawi nas podglądanie małp, męczy wilgoć, duchota  i wszechobecne insekty. Do pierwszego obozu docieramy po 5 godzinach. Rozbijamy się między Niemcami i Francuzami. Więcej tu panów, niż pań. W końcu to jednak „Machame” - trasa reklamowana tylko dla „twardzieli”. Zapisujemy w księdze obozowiska nasze nazwiska, numer pozwolenia na przebywanie w parku i nazwę agencji, z którą idziemy zdobywać szczyt. Kolację jemy w blasku świec. Jest doskonała: zupa ogórkowa i mix warzywno- mięsny w sosie curry. Na deser ananasy i arbuz. Czuję się doskonale. Jesteśmy na wysokości 3100 metrów.

Śniegi Kilimandżaro

W namiocie jest wilgotno. Budzę się kilka razy w nocy, nad ranem wstaję, bo bolą mnie plecy. Nasz steward przynosi o szóstej do namiotu dwie małe miseczki z wodą i gorącą herbatę. Wschodzi słońce, niebo jest tak czyste, że aż przezroczyste. Po raz pierwszy widać w oddali ośnieżone Kilimandżaro. W ciągu kilku minut na słońcu schnie nasza odzież, spod nóg czmychają cudne myszy afrykańskie. Drugiego dnia dochodzimy do obozowiska  Shira na wysokości 3800 metrów n.p.m. Trasa jest trudniejsza, bardziej kamienista, ale widowiskowa. Pierwszy raz widzę lobelie, kaktusowate drzewa, wkomponowane w pola lawy. Powoli załapaliśmy ustalony rytm treku: rano pobudka, mycie i śniadanie, lunch zabierany na trasę:  codziennie obowiązkowo z  jajkiem na twardo i tostem z masłem. Wędrówka codziennie z inną dawką krajobrazów.
Na szlaku trudno wymarzyć sobie samotność. Grupy wędrowców wyprzedzają się, jak na ruchliwej ulicy. Bywa, że tragarze skaczą, biegną z ciężarami na głowie. Są zawsze uśmiechnięci, czasami jest to dla Mzungu trudne do uwierzenia. Towarzystwo na szlaku jest międzynarodowe. Wszyscy się pozdrawiają, rozmawiają głównie o tym, co zrobić, żeby zdobyć szczyt. Wielu wchodzących to ekipy rodzinne, syn z ojcem, matka z córka, siostra z bratem, tak jak w naszym przypadku. Wieczorem, gdy zapada afrykańska noc, wsłuchujemy się w przeboje z tanzańskiej listy radiowej. Dla tragarzy radio jest podstawowym elementem wyposażenia.
Trzeci dzień to tak naprawdę aklimatyzacja. Zaczynamy iść w kierunku skalnej wieży tzw. Lava Tower. Trasa jest wybitnie skalista. Dla mnie był to trudny dzień. Padało przez cały dzień, ziemia usuwała się spod nóg, bałam się upadku na śliskich kamieniach. Wiedziałam, że zwykłe skręcenie nogi na tej wysokości to pożegnanie się z marzeniami o szczycie i kłopotliwe zejście. Po dojściu do obozu w dolinie Barranco wiał tak przenikliwy wiatr, że nie miałam ochoty na robienie zdjęć ani spacery po obozie. Tej nocy spałam w pełnym rynsztunku: czapce, kurtce puchowej i spodniach narciarskich. Nawet pyszna zupa cebulowa i ragout warzywne nie poprawiło humoru ani mnie, ani bratu.

Hakuna Matata, czyli nie martw się

Rano czwartego dnia strzepnęłam szron z namiotu, zadarłam głowę do góry i z przerażeniem stwierdziłam, że nie dam rady wspiąć się na pionową ścianę skalną. Z dołu wygląda koszmarnie, nie widać ścieżek tylko skalną gładź.  Raphael, nasz pilot  roześmiał się, słysząc moje obawy. - To tylko dwie godziny wspinaczki po kamieniach, trawersem, nic trudnego -  dodał z uśmiechem. Poradził mi, żebym swoje kije oddała do bagażu głównego, bo dziś nie będą mi potrzebne. Miał rację. Trasa okazała się znośna, ale w kilku miejscach miałam wrażenie, że nogi powinnam mieć dłuższe o kilkanaście centymetrów, żeby wejść swobodnie na głazy i występy skalne. W południe doszliśmy do doliny Karangi, czyli ostatniego punktu z wodą. Napełniliśmy wszystkie pojemniki, plastikowe butelki  i ruszyliśmy w stronę obozowiska Barafu na wysokości 4600 metrów n.p.m. Dotarliśmy tam bardzo zmęczeni po czwartej po południu. Kucharz przyrządził lekki posiłek, a pilot kazał nam… zasnąć na pięć godzin, żeby nabrać sił przed nocnym atakiem szczytowym. Łatwo powiedzieć! Pomogło jednak liczenie baranów i wyczerpanie.

Atak szczytowy nocą

Przed północą obudził nas jeden z tragarzy. Dał nam herbatę, powiedział, żeby ubrać się ciepło, bo na szczycie jest minus 15 stopni Celsjusza i wieje porywisty wiatr . Kilimandżaro zdobywa się nocą, ponieważ gdyby doszło do załamania pogody w ciągu dnia, nie byłoby zapasu kilku godzin na zejście. Tej nocy mieliśmy dotrzeć do Stella Point, korony krateru na wysokości 5745 metrów n.p.m., a potem do szczytu, czyli Uhru Peak na wysokości 5895 metrów n.p.m. O świcie powinniśmy dotrzeć do celu. Zapaliliśmy lampki czołowe, dzięki czemu każdy nasz krok był oświetlony  i ruszyliśmy gęsiego za przewodnikiem. Tragarze i kucharz zostali w obozie. Mieliśmy dobre humory. Cieszyłam się, bo przeszedł mi popołudniowy ból głowy. Czułam się radośnie, rześko. Nocną wspinaczkę przeżyłam w milczeniu. Pilot polecił nam, abyśmy się oszczędzali i rozmawiali tylko podczas krótkich przerw na wypicie kilku łyków gorącej herbaty. Pamiętam doskonale skórzane buty mojego pilota, bo patrzyłam na nie, żeby wiernie wejść w jego ślady. Nie musiałam myśleć, zastanawiać się, po prostu szłam. Gdy  brakowało mi oddechu, serce waliło jak kamień przystawałam na kilka chwil i znowu szłam. Momentami byłam znużona jednostajnym marszem. Wtedy odwracałam się za siebie i widziałam Moshi mieniące się światełkami w dole. Coraz trudniej było mi stawiać krok za krokiem, w gardle czułam wulkaniczny pył, chwilami wydawało mi się, że nie dam rady przejść kolejnych stu metrów.
Ostatni odcinek od Stella Point wlokłam się noga za nogą. Dotykając tablicy na szczycie, miałam łzy w oczach. Zgrabiałymi z zimna palcami rozwinęliśmy plakat fundacji Bezpieczeństwo dla Pacjentów - Kilimandżaro 2008 . Wszyscy, którzy zdobyli w tym czasie szczyt podchodzili do nas i pytali, co robimy, dlaczego trzeba dbać o bezpieczeństwo dla pacjentów. Ze zmęczenia prawie nie mogłam mówić. Dopiero w obozie Barafu odpowiedziałam na wszystkie ich pytania. Nasi tragarze dali nam po dwie miseczki z wodą do mycia. To było milsze, niż słowa, gratulacje. Tej ostatniej nocy wszyscy doskonale się bawiliśmy. Ci, którzy weszli, analizowali każdy krok, cieszyli się jak dzieci. Pozostali pocieszali się, że jeszcze tu wrócą.
Zejście dostarczyło nam także sporo emocji. Wtedy tez poczuliśmy po raz pierwszy ból mięśni. Rano, przy bramie parku, odebraliśmy certyfikaty ze zdobycia Uhru Peak.


Uganda – spotkanie z działaczami afrykańskimi na rzecz bezpieczeństwa dla pacjentów


Fot. Uganda - dzieci

Zaraz po zejściu z Kilimandżaro przez całą dobę jechałam autobusem z Arushy w Tanzanii do Kampali w Ugandzie. Chciałam zdążyć na spotkanie organizacji działających na rzecz pacjentów. Przybyli na nie przedstawiciele wielu państw afrykańskich m.in. z Tanzanii, Kenii, Ugandy, Nigerii, Zimbabwe, Ghany, Południowej Afryki.
Udało mi się porozmawiać z nimi, dowiedzieć się jak wygląda opieka skoncentrowana na pacjencie w ich kraju, wymienić doświadczenia na temat wspólnych działań liderów ruchu bezpieczeństwa dla pacjentów w Europie i Afryce. Dzięki uprzejmości Reginy Namata Kamoga  i Robiny Kaitiritimba mogłam zwiedzić największy szpital w Kampali Mulago – pracownię anemii sierpowatej oraz zobaczyć jak działa projekt chain, czyli centrum aktywności, edukacji i promocji dla dzieci i młodzieży w Kampali. W tymże centrum przebywają dzieci około 75,  których rodzice zmarli na AIDS.
Uczą się tam podstawowych umiejętności życiowych, posługiwania się Internetem, komunikacji z innymi. Dzięki spotkaniu w Kampali po raz kolejny okazało się, że sprawy bezpieczeństwa dla pacjentów nie mają granic geograficznych, wszyscy możemy działać razem tak, by opieka nad chorym stawała się coraz doskonalsza.


Fot. Spotkanie w Ugandzie



FUNDACJA BEZPIECZEŃSTWO DLA PACJENTÓW